Magdalena Urbańska – teatrolożka, filmoznawczyni, doktorka nauk o sztuce. Menedżerka kultury, specjalistka ds. promocji i PR-u, producentka wydarzeń kulturalnych.
W poszukiwaniu straconego wytchnienia
Nie będę nadzwyczaj oryginalna, jeśli napiszę, że w dzisiejszym świecie cisza i spokój są nie tylko bardzo pożądanymi, ale przede wszystkim trudno dostępnymi i drogimi wartościami. Pamiętam, że niedawno czytałam o tym w wywiadzie z Urszulą Honek i Grzegorzem Bogdałem. Poetka i pisarz opowiadali, że nie stać ich na ten luksus. W ich wydaniu cisza i spokój to dom z dala od wszystkiego i wszystkich (ale ze wszystkim) – dziś luksus raczej zarezerwowany dla najbogatszych.
Szybki kwadrans
Moje życie w ostatnich latach traktuję jak ciągłą pogoń za kolejnymi „odhaczonymi” terminami. Nie oznacza to, że działam bez zaangażowania czy satysfakcji, ale z pewnością oznacza, że po jakimś osiągnięciu – czy skończonym tekście, czy domkniętym projekcie – nie ma już czasu, by je oswoić, przyjąć, nacieszyć się nimi. Na horyzoncie pojawia się przecież kolejny cel, który czeka, by wskoczyć na pierwsze miejsce na liście czasu i zaangażowania. Nauczyłam się, że w dzisiejszym świecie kultury to także ogromny przywilej – kiedy ten kolejny deadline zawsze gdzieś na nas czeka. W tym wypadku gorsza jest tylko cisza i spokój. Nikt nie pospiesza, nikt się nie dobija, więc wiemy, że następny może być już komornik.
Telefon z informacją, że udało mi się zdobyć rezydencję wytchnieniową, zastał mnie w samym środku „pogoni”. „Co zrobić? Do kiedy dokumenty?” – rozpędzona lokomotywa naprawdę jest trudna do zatrzymania. Tymczasem sama nieustannie edukuję i włączam w swoją pracę procesy, które mają przeciwdziałać aktywistycznemu wypaleniu i uczyć dbania o self-care – nie tylko odbiorców kultury, ale także o swój własny, jako osób pracujących w tym obszarze. Wiadomo nie od dziś, że szewc bez butów chodzi. A osoba, której zależy na dobrostanie społeczno-kulturowym, siedzi w słuchawkach wyciszających, żeby przyspieszyć wewnętrzną regenerację – niezbędną do kolejnych osiągnięć. „Szybka drzemka, tylko na kwadransik!”
Bieg wydarzeń
Dojechałam. Z walizką po dziesięciu minutach byłam na plaży, bo słońce jeszcze nie zaszło. Do hotelu mam z kilometr – zdążę jeszcze wykorzystać tę chwilę, nacieszyć się, szybko, szybko. A wieczorem pobiegać.
Nie robię wielu zdjęć, na co dzień prawie wcale. W komórce z tego wieczoru mam zapisane dwa. Wklejam je poniżej.


Przywilejem, a jednocześnie symbolem ciszy i spokoju jest dla mnie bieganie. Zaczęłam ponad dekadę temu jako mentalne wsparcie w procesie trzeźwienia. Dziś cieszę się, jeśli znajduję w sobie przestrzeń na radość dłuższego wybiegu, na kawałek miejsca w głowie tylko dla mnie — owszem, zakłócanego wątpliwościami, wyrzutami i licznymi rozmyślaniami, jednak ze szczęśliwym pominięciem pracy. Kiedyś biegałam z nagraniami notatek na egzaminy, dziś najczęściej napawam się wsłuchiwaniem się w dźwięki otaczającego świata. Jeśli są to „dźwięki ciszy”, traktuję to jako nagrodę za codzienną, efektywną pogoń.
W Sopocie było minus dziesięć. Każdy, kto zajmuje się projektami, wie: jeśli coś wydaje się trudniejsze do osiągnięcia, łatwiej się za to zabrać i zmobilizować. Pierwszego dnia – 12 kilometrów do Gdańska i z powrotem. W kolejnych… sauna, obiad, spotkania, wyjścia, SPA, miejskie spacery i wizyty w muzeach nie pozwoliły mi zdążyć przed zachodem słońca. Skończyło się na hotelowej bieżni.
Czy można złościć się na nakaz wytchnienia? Bo przecież to właśnie ono kryje się za tym wszystkim powyżej. A jednak – czy nie jest największą bezczelnością to, że przez nie brakuje czasu na spokój?
Messenger: fajnie?
Ja: Zrobiłam nawet kilka zdjęć i telefon zrobił mi rolkę!
Dziki czas
Poczułam się już dobrze osadzona na miejscu. Znów jest minus dziesięć, a czeka mnie wystawa w gdańskiej Łaźni – moje wyjazdowe must-see. Okazuje się, że budynki Centrum Sztuki Współczesnej są dwa. Ten drugi, który mnie interesuje, patrzę – na wygwizdowie. Z jakich planów zrezygnować? Sprawdzam – jedenaście kilometrów plażą w jedną stronę. Buty do biegania już wyschły.
Budynek, w którym mieści się Łaźnia, stoi tuż za przystankiem tramwajowym. Po godzinie dobiegam zdyszana pod wejście. Stoją przed nim trzy osoby i palą papierosy. Jedna z troską pyta:
– Uciekł?
– Nie, ja do was.
Miny palącej trójki powinny zostać gifem.
Zostawiłam mokrą plamę na siedzisku przed wyświetlanym wideo. Było mi głupio, próbowałam ją wytrzeć rękawiczką. Tytuł wystawy Burskiej, którą przybiegłam oglądać: „Oddychaj”. Uśmiecham się pod nosem. Zrobiłam zdjęcia – pokażę świetne pomysły edukacyjne studentkom ASP na kolejnych zajęciach.
Wracam, zahaczając o jedyną kawiarnię w okolicy (no dobra, trochę trzeba było nadrobić, ale… mam czas), ładuję się sernikiem, podsuszam czapkę na kaloryferze. Przede mną jeszcze szybka dyszka.
Biegnę kawałek od plaży, gdy nagle – słyszę – też ktoś biegnie, tuż obok mnie. Zerkam kątem oka: „Ale dziwny pies”. Impuls od mojego oka, przez bardzo tłoczne meandry moich ścieżek neuronalnych, do właściwego miejsca w mózgu dociera z opóźnieniem. Spanikowana odbijam pędem w bok, krzycząc w myślach: „kurwa, to dzik!” Oddycham głęboko.
Messenger: Wszystko się udało?
Ja: Tak, jak najbardziej! Patrz, jak radośnie skacze pod koniec!
Mimo-chodem
Kiedy minął ten tydzień? Zaplanowałam, że wypocznę, złapię oddech. Wyjazd się zaczął, zaraz się kończy. Martwię się, że to już jutro. Myślałam, by się rozbiegać – rezygnuję. W końcu wyjechałam w poszukiwaniu wytchnienia, trzeba odetchnąć.
Idę do restauracji – zgodnie z planem i w ślad za voucherem. Spacer przez plażę. Trochę korci, żeby potruchtać, ale zanim się obejrzę, jestem już na miejscu – choć to były dwa kilometry. Zachodzące słońce widzę jeszcze przez przeszkloną salę restauracji.
Mija ostatni dzień.
Messenger: Jak jest?
Nawet nie wiem, czy mam coś w telefonie. Ładuję wszystkie pliki, które znajduję.
Ja: „Chyba spoko(j)”
Rozumiecie, co tu się stało?