Justyna Teodorczyk – doradczyni i audytorka w Fundacji Art & Modern, doktora, menedżerka, praktyczka i teoretyczka kultury.
Człowiek pakuje się chaotycznie do międzynarodowego jury, daleko, znów zaprosili, no ale tak bywa jak się jest dyrektorem, dyrektorką bo feminatyw, przeprowadza akurat sprawną operację ważenia bagażu podręcznego, powariowali w tych rajanerach, na pożyczonej wadze niemowlęcej, do tego krzyczy na tego dzieciaka ucz się lektur, bo się nie uczy lektur, a trzeba się uczyć lektur, i myśli, że jak się przecież spóźni na lotnisko to zwali na niego i na te lektury nienauczone, a tu numer nieznany dzwoni, jakby się pakować nie musiał, jakby mu samolot nie uciekał: gratuluję, dzwonię z Sopotu, chyba ja gratuluję, że się pani dodzwoniła, połowy przecież nie odbieram i oddzwaniać muszę na raty, ale czemu teraz, samolot nie poczeka, a pani rozprawia… pani się dostała, drugi najwyższy wynik, przepracowanie i wypalenie, i teraz człowiek nie wie czy się cieszyć że drugi, że kogoś bardziej wypaliło i przepracowało i nie jest z człowiekiem najgorzej, czy złościć się, że nie wygrał już jak kiedyś na pierwszej najszczytniejszej pozycji, na najwyższym podium, bo kiedyś to zawsze był pierwszy, a teraz wciąż tyle haruje i o!
A mróz siarczysty w Sopocie leniwie ale stanowczo wzbierał ostrzem promieni słonecznych wycinając wyraźną bezkresną sylwetę morskiej toni, przejrzystym powietrzem wzmagając urokliwą plenerową atmosferę kurortu…
I podróż przez pół Polski, całą nawet, co miała być spokojna i z zapasem czasu znów nie taka, czemu to zawsze człowiekowi się zdarza, no niby te stoosiemdziesięciominutowe i mogą ulec zmianie opóźnienia pociągów zewsząd dowsząd tyczą też innych współpasażerów, ale nikt z nich nie sapie, nie przewraca oczami, nie ma przesiadek, nie spieszy się na czas czy co? Nie ma zaległych maili co miał odpisywać w pociągu a tu tłok i szpilki nie wetknie i niewypitej kawy, której się w domu nie zdążyło z pospiechu i tak jej teraz brakuje? Nie mają planu B nie robią czynu zbiorowego, nie skrzykują się że to skandal i nawet nie próbują zagadać kierownika pociągu, żeby tamten zaczekał, zareklamować bilet połączenie, całe linie, wystąpić teraz kolektywnie, żeby zareagował i sprawił by przesiadka się udała.
Tymczasem pogrążone w ciemności powietrze nocnego nieba przecięły pochrumkiwania dziczego stada na plaży, a czujna rodzina lisów na podwórku Goyki 3 w swej norze i we śnie goniła świt…
Udało się, pociągi, taksówki, mrozy i recepcjoniści zjednoczyli siły by wypalona odetchnęła, przepracowana dotarła na miejsce i czas! Nazajutrz żwawo ruszyła na śniadanie, a w windzie zgadała człowieka (to niezabronione na rezydencji wytchnieniowej) i okazało się, że artysta, więc zanim osiągnęli parter, już miał wizytówkę, już miejsce jej pracy, rozległe chęci i kompetencje zostały zareklamowane, już ręka podana na poczet współpracy. I wtedy przyszłą refleksja – człowiek miał nie pracować, wytchniewać przyjechał, a nie umie, nawet w windzie spokojnie pojechać nie umie bez pracowania, bez tego uśmiechu i gderania o kulturze i sztuce, bez chęci podjęcia kooperacji albo choćby małej inicjatywki kooperacyjnej, takiej choćby kolektywniutkiej. Jutro katalog wystawy przyniesie, opowie więcej, może więcej wizytówek skoro tu więcej artystów bo plener… Noo, coś tam się człowiek spodziewał że pracować nie może, nie powinien (nie wolno?!), ale zapomniał o tym…
A ciemne, spiętrzone grudy lodu na piachu stały odważnie wobec cichych, zawstydzonych swą szarą nieatrakcyjnością fal, które w cieniu tej widowiskowej feerii kształtów i figur przybrzeżnych stopów piachu ze zmarzliną, grały cichą drugą rolę…
I tak było cały czas, męka i udręka, poty wstydu, unikanie wzrokiem własnego karcącego spojrzenia typu „nie miało się to czegoś dokończyć”?, siódme poty jak tu wyartykułować, że po śniadaniu na wymycie zębów potrzeba godziny, bo toaleta obejmuje też czyszczenie maili, szorowanie służbowo po klawiaturze i szlifowanie tekstów. Że po kolacji przystoi deklarować zmęczenie, a już windzie człowieka niecny plan zdejmuje, że skoro już się wymigało z nocnego klubowego życia Sopotu, to nie po to żeby chrapać w nieswoim łóżku bezwstydnie, bezczynnie tylko może w wyższych celach na przykład związanych przypadkiem z pracą albo niby przyjemnością nie pracą ale jednak pracą, jak również czymś co jest nie bezpośrednio pracą ale czymś potrzebnym do pracy, czyli w zasadzie też pracą. W międzyczasie różnych kombinacji na unikanie lenistwa (tajne podpracowywanie) i pracowania (jednak lenienie się) udało się myknąć na saunę i saunę (to dwie różne sauny!), do dwóch czterech/pięciu gwiazdek Michelin, a to wszystko w towarzystwie doborowej, uśmiechniętej, energicznej i szczęśliwej jak na przepracowaną Magdy Urbańskiej (wiadomo jak ona ma!). Do tego zakupy, wystawa, druga, czas na buszowanie w księgarni, gdzie człowiek przypomniał sobie, że dawno nie spędził godziny na nicniekupieniu z księgozbioru, a tylko wybieraniu. To też zacny cel wytchnieniowy – nie musieć nic – nawet wyjść z książką, no bo jakie to nieproduktywne byłoby w pozawytchnieniowym świecie oglądać, wertować, poczytywać godzinę, żeby nie zakończyć polowania łupem…! Do tego bezsensowne spacery po mieście i starówce żeby nie zamarznąć, człowiek se urządzał i dziwił się sobie jakie to wyprowadzanie się ze stanu wiecznego pośpiechu, przepracowywania, normalnienia jak inni ludzie co chcą zjeść i wypić i nie muszą pisać tekstów, dziwne…
A Gdańsk piękny stary i nonszalancki w swoim monumentalnym zbytku, piękniejszy nawet niż w delegacji, witał gościnnie swym wypustoszonym od mrozu areałem…
Osobną osobnością pośród egzotyki wytchnieniowej była wizyta na Goyki 3. Kochane dziewczyny, pod przewodnictwem niezwykłej szefowej, ugościły człowieka jabłkami, pięknym poczęstunkiem i pakietem powitalnym. Nikt inny tak nie zaopiekuje wytchnieniowych gości, jak Olga, która opiekuje się wytchnieniowymi gośćmi, nikt inny tak nie oprowadzi po budynku jak Kamil, który oprowadza po mrocznych arkanach historii z dreszczykiem, nikt inny tak nie przywita, jak Te i Ci, którzy nas przywitali. Sam pomysł i idea rezydencji niepracowania, nieprzejmowania i niespieszenia się jest mistrzostwem nad mistrzostwami i brawa dla nich za to! Że człowieka w najskryciej skrytych myślach nazywającego się sopockim leniuchem i darmozjadem, zachęcają do owego lenistwa i korzystania ze szczodrych bonów restauracyjnych, to człowiek się nie spodziewał… Że uśmiechem witać będą i motywować do wzrostu kiełkujące pokusy by wybrać nudę zamiast kombo zadzwonię-napiszę, spacer zamiast laptopa, plażę zamiast instytucji sztuki i kultury, bo to zbyt bliskie pracy etatowej i skrzywieniu zawodowemu i ogólnie antywytchnieniowe! No mało tego, już tak robili wcześniej i robić będą dalej, innych ludzi wyprowadzać ze słodkiego pracoholizmu na rzecz sopockiego wytchnienia. Jakie to potrzebne, fajowe, jakie goykowe! (i trochę jakie męczące…). Ileż było ochów i achów, wdzięczności i zrozumienia jak człowieka człowiek!
Więc się zmęczył przy tym, ale… czy można odpocząć, jakby nie był człowiek zmęczony?
…A sopockie molo, godnie kończąc ziemi horyzont, majestatycznie nabiera lat, miesięcy i historii, by wkrótce stańąć wspomnieniem pod innymi wytchnionymi powiekami, gdy czas kolejnych takich następnych opowieści świt przyniesie.